5-MeO-DET – miało być dobrze, a wyszło jak zawsze
Są takie związki, które na papierze wyglądają jak obiecujące rozwinięcie znanych klas psychodelików, a w praktyce okazują się czymś w rodzaju eksperymentu, który nigdy nie powinien opuścić laboatorium, albo nawet notesu chemika. 5-MeO-DET jest właśnie jednym z takich przypadków. Bliski krewny dobrze znanych tryptamin, który teoretycznie powinien działać „jak trzeba”, a w praktyce…
5-MeO-DET, czyli 5-metoksy-N,N-dietylo-tryptamina, został po raz pierwszy opisany w literaturze naukowej w 1968 roku, w okresie intensywnych badań nad pochodnymi tryptaminy. Był to czas, gdy chemicy systematycznie modyfikowali znane struktury, próbując znaleźć nowe związki o potencjale psychodelicznym lub terapeutycznym. Pod względem budowy 5-MeO-DET jest bardzo blisko spokrewniony z innymi 5-metoksytryptaminami, zwłaszcza z 5-MeO-DMT, a także z homologami takimi jak 5-MeO-DPT, 5-MeO-MiPT, 5-MeO-DiPT. Jest także podobny do DET (N,N-dietylotryptamina), czy świetnego 4-AcO-DET.
To właśnie ta strukturalna bliskość budziła nadzieje, że będzie to jeden z przedstawicielitej grupy który zaoferuje coś ciekawego. Alexander Shulgin opisał go później w swojej książce TiHKAL, gdzie jasno dał do zrozumienia, że potencjał jest, ale coś idzie bardzo nie tak. W obiegu jako substancja rekreacyjna pojawił się dopiero około 2005 roku w Europie i nigdy nie zdobył większej popularności, co – biorąc pod uwagę jego profil działania – jest raczej logiczne niż zaskakujące. Na poziomie farmakologicznym 5-MeO-DET wpisuje się w klasyczny schemat tryptamin. Działa jako agonista receptorów serotoninowych, przede wszystkim 5-HT2A, które odpowiadają za efekty psychodeliczne, a dodatkowo wykazuje zdolność hamowania wychwytu zwrotnego serotoniny. W badaniach na zwierzętach zachowuje się jak pełnoprawny psychodelik, zastępując inne klasyczne substancje w testach dyskryminacyjnych i wywołując charakterystyczne reakcje HTR (Head-twitch response) u zwierząt laboatoryjnych.
Problem polega na tym, że działanie na papierze czy u zwierząt to nierzadko jedno, a efekt u ludzi to coś zupełnie innego. W przeciwieństwie do wielu innych tryptamin, gdzie aktywacja 5-HT2A przekłada się na bogate doświadczenia percepcyjne, tutaj bardzo wcześnie pojawia się coś, co skutecznie blokuje dalszy rozwój efektów. Teoretycznie 5-MeO-DET powinien działać jak klasyczny psychodelik, tylko z charakterystycznym dla 5-Metoksytryptamin elementem, czyli mniejszym naciskiem na wizualizacje, a większym na odczucia wewnętrzne (duchowe) i nierzadko fizyczne. W praktyce jednak już przy bardzo niskich dawkach pojawia się zestaw efektów, który skutecznie uniemożliwia eksplorację wyższych poziomów działania.
Dominującym doświadczeniem jest silne uczucie zawrotów głowy, dezorientacji i czegoś, co użytkownicy opisują jako lekkość i odealnienie, przypominające jednocześnie upojenie alkoholowe i problemy z błędnikiem. Do tego dochodzi spory body load, potrzeba położenia się i ogólne poczucie fizycznego dyskomfortu. Zamiast klarownych wizji czy introspekcji pojawia się zamieszanie i problemy ze skupieniem. Dla kontrastu, takie substancje jak 4-HO-MET, czy właśnie 4-AcO-DET z którym 5-MeO-DET jest powiązany, są znane z relatywnie czystych wizualnych efektów, które są łatwe do obserwowania i interpretowania. 5-MeO-DET robi coś odwrotnego, bo zamiast otwierać percepcję, dodaje tam w pewnym sensie więcej szumu i utrudnia dostęp do jakichkolwiek głębszych treści. Użytkownicy często mają wrażenie, że „coś tam jest”, jakaś warstwa doświadczenia, ale nie są w stanie się do niej przebić przez fizyczne i neurologiczne efekty uboczne.
Ciekawym wyjątkiem jest aspekt erotyczny, który bywa opisywany jako wyjątkowo silny. Pojawiały się opinie, że gdyby nie efekty uboczne, byłby to jeden z najmocniejszych środków pod tym względem. Niestety, w praktyce większość ludzi jest zbyt zajęta próbą przetrwania zawrotów głowy, żeby się tym w ogóle cieszyć. To właśnie skutki uboczne definiują 5-MeO-DET i sprwiają, że jego reputacja jest – delikatnie mówiąc – kiepska. Już przy dawkach rzędu 1-3 mg pojawiają się silne zawroty głowy, uczucie dezorientacji, szumy uszne, negatywny nastrój i wyraźny dyskomfort fizyczny. Były trip-raporty które opisywały to wszystko jako stan, w którym najbardziej pożądaną rzeczą jest jak najszybsze zakończenie działania substancji.
Przy wyższych dawkach, zwłaszcza przy paleniu, dochodzą objawy takie jak przyspieszone tętno, drżenia, lęk, zimne poty, bladość, bóle brzucha i uczucie choroby. Co gorsza, nawet jeśli pojawiają się jakieś elementy psychodeliczne, są one trudne do uchwycenia, bo uwaga jest całkowicie zdominowana przez bardzo złe samopoczucie. Shulgin zwrócił uwagę na coś szczególnie niepokojącego, czyli pojawianie się tych efektów już przy bardzo niskich dawkach, co sugeruje, że mogą mieć charakter bardziej toksyczny niż klasycznie psychodeliczny. To właśnie ten aspekt praktycznie uniemożliwia bezpieczne eksplorowanie wyższych dawek, które teoretycznie mogłyby ujawnić pełny potencjał substancji.
Z jednej strony pojawia się motyw typu „prawie się coś wydarzyło, było blisko, jest potencjał”, a z drugiej jest ciągłe rozczarowanie i dyskomfort. Jedna z bardziej znanych opinii opisuje ten związek jako „psychodelik do tortur” co brzmi jak przesada, dopóki nie przeczyta się pełnego opisu doświadczenia, w którym użytkownik zmaga się z zawrotami głowy, lękiem i fizycznym rozbiciem, jednocześnie mając przeczucie, że gdzieś za całą tą mgłą i rozmyciem mentalnym kryje się coś interesującego. Są też relacje sugerujące krótkie momenty intensywnej introspekcji czy zmiany percepcji, które jednak natychmiast giną w natłoku nieprzyjemnych doznań. Shulgin opisał 5-MeO-DET jako jedną z najbardziej „prowokujących pokus” wśród tryptamin, bo daje wyraźne sygnały, że związek ten być czymś wyjątkowym, gdyby tylko dało się ominąć jego efekty uboczne. Problem w tym, że na razie nic nie wskazuje na to, żeby było to możliwe.
Autor tekstu: horsii